Codziennie "odkrywam" prawdę, że sprzątanie to nieodłączny składnik minimalizmu.
Posprzątane mieszkanie, porządek w szafkach i szufladach, w lodówce - właściwie wszędzie, gdzie to możliwe, niesamowicie ułatwia życie. Sprawia, że szybciej znajduję kaszę, w sklepie pamiętam, czy mam jeszcze koncentrat pomidorowy, wiem, że masło się skończyło.
Kiedy mam bałagan kupuję nadmiar. A to marnowanie świeżego jedzenia.
Nie należę do osób, które sprzątanie mają we krwi. Zmuszam się do systematycznego zbierania naczyń z blatu do zmywarki. Muszę też pilnować, żeby nie nagromadzić śmieci, bo akurat nie chce mi się wychodzić z domu. Albo nie jestem umalowana, to nie wyjdę.
Te wszystkie wymówki prowadzą do kolejnej rzeczy - zaprzątania sobie głowy, pozornie drobiazgami, a w rzeczywistości cały czas odczuwamy niepokój niezałatwionych spraw. Bo kiedy włączasz telewizor, żeby zażyć trochę rozrywki to już w głowie układasz sobie jakiś banalny tekst - posprzątam po tym odcinku, jestem zmęczona, posprzątam jutro. Jutro. Później. Ale nie teraz.
Przekonuję samą siebie - łatwiej posprzątać mały bałagan, 2 talerze, zamieść w przedpokoju niż zabrać się za ogarnianie całego, zapuszczonego mieszkania. I codziennie uczę się, przezwyciężam swoje słabości, lenistwo i zaniedbanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz